Przyznawanie się do raka cz. II

Niedawno po zakończeniu kolejnego programu o raku odbierałam przez godzinę telefony w telewizyjnej Dwójce. I właściwie pomyślałam, że zamiast tego wystąpienia [na sesji „Komunikacja lekarz – pacjent w diagnostyce i leczeniu nowotworów – opinie onkologów, lekarzy i przedstawicieli dziedzin współpracujących” -przyp. red.] powinnam po prostu odtworzyć nagranie. Wszystkie bowiem telefony wskazywały na to, że komunikacji lekarz – pacjent nie ma w ogóle! Były to telefony od kobiet w różnym wieku, albo tych, które mają raka piersi, albo córek, matek czy sióstr chorych na raka. Wszystkie czytały mi wyniki swoich badań i wszystkie prosiły o interpretację. Wszystkie pytały, czy bliskie im kobiety są dobrze leczone, skoro nie miały chemii ani naświetleń i chciały wiedzieć, czy może znam jakąś alternatywną metodę leczenia – a pewnie znam, skoro żyję. Na moje pytania, czy rozmawiały o tym wszystkim z lekarzami, odpowiadały ze zdumieniem, że nie. Publiczne, telewizyjne „przyznawanie się” do raka sprawia, że inni pacjenci mają większe zaufanie do nas niż do swoich własnych lekarzy. Żadnej z telefonujących kobiet lekarz nie wyjaśnił, co oznaczają tajemnicze liczby i cyfry, nie wytłumaczył, dlaczego nie zastosowano u nich chemii ani naświetlań – nie z oszczędności i braku pieniędzy, nie dlatego, że nie są Kamilem Durczokiem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Tak naprawdę mnie również nie wyjaśniono, co oznacza G II na moim wyniku, zakładając, poniekąd słusznie, że i tak się dowiem. Lekarz często traktuje pacjenta jak dziecko. Po pierwsze, nie rozmawia z nim, tylko z kimś z rodziny, a po drugie – jak dziecku odpowiada wyłącznie na zadane pytania, nie wychodząc z wyjaśnieniami poza tak zakreślone ramy. A my pacjenci jesteśmy często tak otumanieni diagnozą: „rak”, że nie umiemy nawet sformułować pytania. Są zresztą takie pytania, których pacjent nigdy nie zada lekarzowi, a zada komuś, kto „przyznał się”, że ma raka. Nie można na przykład przed operacją zapytać lekarza, jak to będzie, gdy obudzę się bez piersi. To nie jest pytanie z relacji pacjent-lekarz. Ani on tego nie wie, ani nam takie pytanie nie przejdzie przez gardło. Dlatego ja ze swoim „przyznawaniem się” i po ukazaniu się książki do dzisiaj funkcjonuję jako swoiste pogotowie onkologiczne, odpowiadając na wszelkie możliwe pytania.

W moim przypadku „przyznawanie się” do raka zaowocowało czymś jeszcze. Studentki specjalizacji dziennikarskiej, które miały w swoim otoczeniu kogoś bliskiego, kto umarł na raka, chcą się zmierzyć z tym tematem, uporządkować go w sobie, na przykład przez napisanie pracy dyplomowej. Jedna z takich prac jest już obroniona – nosi tytuł „Już mi łatwiej spojrzeć w oczy śmierci. Nowotwory – przełamane tabu”, a napisała ją dziewczyna, której ojciec przez dziewięć lat nie przyznał się rodzinie, że żyje z diagnozą raka płuc i się nie leczy. Drugą pracę pisze studentka, której chłopak umarł na białaczkę.

Dodaj Komentarz