Przyznawanie się do raka

Moja wypowiedź będzie bardzo osobista i z pewnością nienaukowa, chociaż swego czasu skończyłam polonistykę, pisząc pracę magisterską z socjolingwistyki. Zabieram głos jako „trzy w jednym”. Jestem chora na raka, czyli jestem pacjentką: jestem dziennikarką, która w dodatku przez wiele lat zajmowała się zdrowiem – prowadziłam rubryki zdrowotne w młodzieżowych pismach – „Filipince” i „Jestem”. Wielokrotnie pisałam także o raku. Kiedy po zachorowaniu zajrzałam do swojego archiwum, ze zdumieniem spostrzegłam, że ja o tym wszystkim pisałam, ale zawsze z poczuciem – to mnie nie dotyczy! Teraz także przekazuję młodym ludziom tę wiedzę, którą zdobywałam przez 25 lat praktyki dziennikarskiej – prowadzę specjalizację dziennikarską w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia.

Powiedziałam: jestem chora na raka, ale właściwie tak o sobie nie myślę. „Pacjentka”. „Chora”. „Osoba z rakiem”. Jakiego określenia używam na własny użytek? „Pacjentka”, gdy mówię np.: „Jestem pacjentką dr. X”. „Chora”? – Chorowanie kojarzy nam się z obłożnością, leżeniem w łóżku, niemożnością wykonywania różnych czynności. No i oczywiście z cierpieniem. Natomiast człowiek, który – a tak było w moim przypadku – dowiaduje się, że ma raka w dość wczesnej fazie, do szpitala idzie na własnych nogach, w pełni sił. Przecież czuje się świetnie i poza okresami pooperacyjnymi o obłożności nie ma mowy. Zatem kiedy myślę o sobie, albo kiedy mówię o sobie, używam określenia: „Mam raka”.

Kiedy 9 lat temu znalazłam w sobie to „coś”, co nie było na pewno mną, mówienie o swoim własnym raku nie było czymś tak oczywistym jak dziś. Raka miało się w tajemnicy. Tak się akurat złożyło, że w tym samym czasie, gdy ja stanęłam na swojej ścieżce zdrowia, o tym, że ma guz mózgu dowiedziała się współpracująca z „Filipinką” Danuta Wawiłow, poetka, której wiersze można znaleźć w podręcznikach podstawówek. To jej zawdzięczam wszystko, co działo się ze mną potem. To Danka Wawiłow pierwsza „przyznała się” do nowotworu, pisząc wstrząsający felieton zaczynający się od słów: „Drogie czytelniczki, mam guza mózgu!” i jeszcze dalej: „Pan Bóg daje każdemu do udźwignięcia tylko tyle ziarenek piasku, ile da radę podźwignąć. Ani jednego więcej”. Wtedy zrozumiałam, że tak trzeba. Trzeba „przyznawać się” do chorowania na raka, bo to pomaga innym, tak jak pomogło mnie.

Już samo słowo „przyznawać się” budzi opór. Przyznajemy się do grzechu, winy, błędu, a tymczasem wszyscy dziennikarze zadają nam to samo pytanie wstępne: „Pani przyznała się do raka?”

Dodaj Komentarz