Rak w języku polityki

W języku polityki szczególnie często napotkać można przenośnie, w których słowo rak jest synonimem wszystkiego, co złe i w sposób niebezpieczny podstępnie się rozprzestrzeniające. Oto kilka typowych przykładów takiego metaforycznego użycia słowa rak w tekstach politycznych:

Marinetti: „Komunizm to podrażnienie raka biurokracji”. John Adams: „Srzedajność, serwilizm i prostytucja rozpełzają się niczym rak”. Balzatar: „Izrael jest rakiem bliskiego wschodu”. Simon Leys: „Rak maoizmu toczy ciało Chin”. Lew Trocki: „Stalinizm jest rakiem komunizmu”.

Susan Sontag, pisząc na temat fatalnego oddziaływania tego typu metafor na umysłowość społeczną, a przede wszystkim na ludzi chorych na raka, wspomina ze wstydem, jak sama podczas wojny w Wietnamie pisała: „Biała rasa jest rakiem ludzkości”. Przedstawianie jakiegoś zjawiska jako raka jest nawoływaniem do przemocy i usprawiedliwia najsurowsze środki. Mało kto jednak, używając takich przenośni, zastanawia się, jak wpływa na psychikę człowieka chorego coś, co jest synonimem takiego wszechogarniającego zła.

Człowiek chory na raka jest w sytuacji granicznej egzystencjalnie. I tak też ją odczuwa. Już w momencie diagnozy pojawia się w przestrzeni jego s istnienia wielopostaciowe zagrożenie nieistnieniem. Śmierć fizyczna, cierpienie fizyczne – nieodwracalność rozprzestrzeniania się choroby w moim ciele, we mnie. Stygmat choroby przeraźliwej i odrażającej w społecznym postrzeganiu, choroby, która zabija emocjonalnie i społecznie. Ciągle jeszcze realną śmierć fizyczną poprzedza śmierć społeczna. Przede wszystkim człowieka chorego na raka postrzega się jako osobę, z którą nie wiadomo jak i o czym rozmawiać, więc milkną rozmowy. Przestaje się z takim człowiekiem budować przyszłość, więc mu się tę przyszłość odbiera. Oświecone społeczeństwo XXI wieku wie, że rak nie jest chorobą zakaźną. To jednak nie zmniejsza lęku przed nim. Ludzie często zachowują się tak, jakby zły los mógł być zakaźny, a chorych na raka traktują jak zarażonych złym losem.

Tak więc od początku choremu na raka towarzyszą samotność, lęk i śmierć. Inne choroby mogą być realnie groźniejsze i bardziej zagrażające bytowaniu cielesnemu pacjenta. Rak jako przejaw okrutnej niesprawiedliwości nie ma sensu. Trudno jest się dopatrzyć jakiegoś znaczenia we własnym strachu i cierpieniu. A jednak tego znaczenia i sensu własnego życia w każdym jego momencie człowiek niezmiennie szuka. I to jest właściwa geneza mitologii raka. Albowiem jak powiada Soren Kierke- gaard: „Mity są sposobem znalezienia sensu i znaczenia”. Mitologia raka jest czytelna zresztą nie tylko w języku potocznym.

Naukowy język onkologii – mimo dążenia do wyzbycia się perswazji i maksymalnego sformalizowania – także jest „nosicielem mitu”. Aby to zjawisko zrozumieć, trzeba zacząć od odróżnienia mitu – czyli uniwersalnego obrazu przez który postrzegamy świat – od przesądu, czyli nieprawdy, pełniącej w społecznym postrzeganiu zjawisk zupełnie inną funkcję niż mit.

Dodaj Komentarz